Wielu celebrytów na potrzebę chwili potrafi pokazać zupełnie inny wizerunek, swoje drugie “ja”. Na przykładzie Vinnie Jones’a widać, że nie zawsze się to udaje. Albo inaczej, udaje się, ale przy utracie puenty.
Oj namieszał ten Vinnie Jones w ostatniej kampanii British Heart Foundation. I nie mówię tu o tym, że na chwilę pogrzebał swój, wypracowany przez lata, agresywny wizerunek. Ale po kolei.
Kto nie zna Vinnie Jones’a? Facet nie miał dość talentu do kopania, ale potrafił znaleźć swoją niszę. A ta nisza wyglądała tak:
Przyjemniaczek, prawda? Facet trafił na swój czas, a że takich wariatów jak on było w Wimbledonie wielu niech świadczy przydomek, którym ochrzczono klub z londyńskiej tenisowej dzielnicy – “The Crazy Gang”.
Co jak co, ale trzeba powiedzieć, że jest lepszym aktorem niż był piłkarzem. W niektórych kręgach jego role są otoczone kultem, o czym niech świadczy ilość odsłon kilku pierwszych z brzegu kreacji:
I nagle po rolach tych wszystkich psychopatów Vinnie Jones występuje w reklamie społecznej przy rytmach Bee Gees? PR-owcy lubią takie prowokacje, licznik wyświetleń puchnie, ale zabrakło czegoś istotnego. Vinnie w tej roli stał się parodią, ważny temat, który promuje gdzieś uleciał. Reklama stała się własną karykaturą.
Czy tylko mi się wydaje, że ważki problem ratowania życia sprowadzono do zabawy i podrygiwania w rytym “Stayin’ alive”? Czy oglądając ten spot nie macie wrażenia, że sytuacja nijak ma się do rzeczywistości?
Do tej pory na hiciora Bee Gees w połączeniu z resuscytacją krążeniowo-oddechową miałem skojarzenia z wspaniałym serialem “The Office”, gdzie temat obśmiano i przedstawiono w krzywym zwierciadle.
I wolę tę śmieszną wersję
.
(Za Who ate all the pies?.)
BONUS: Fejsbukowe podarki od Pana Pajączkowskiego:
- Ładne widoczki miasta i do tego Red Bull.
- Największe na świecie rysunki 3D plus Reeboki?
I wiele innych sportowych reklam…
