Wielu celebrytów na potrzebę chwili potrafi pokazać zupełnie inny wizerunek, swoje drugie „ja”. Na przykładzie Vinnie Jones’a widać, że nie zawsze się to udaje. Albo inaczej, udaje się, ale przy utracie puenty.
Oj namieszał ten Vinnie Jones w ostatniej kampanii British Heart Foundation. I nie mówię tu o tym, że na chwilę pogrzebał swój, wypracowany przez lata, agresywny wizerunek. Ale po kolei.
Kto nie zna Vinnie Jones’a? Facet nie miał dość talentu do kopania, ale potrafił znaleźć swoją niszę. A ta nisza wyglądała tak:
Przyjemniaczek, prawda? Facet trafił na swój czas, a że takich wariatów jak on było w Wimbledonie wielu niech świadczy przydomek, którym ochrzczono klub z londyńskiej tenisowej dzielnicy – „The Crazy Gang”.
Co jak co, ale trzeba powiedzieć, że jest lepszym aktorem niż był piłkarzem. W niektórych kręgach jego role są otoczone kultem, o czym niech świadczy ilość odsłon kilku pierwszych z brzegu kreacji:
I nagle po rolach tych wszystkich psychopatów Vinnie Jones występuje w reklamie społecznej przy rytmach Bee Gees? PR-owcy lubią takie prowokacje, licznik wyświetleń puchnie, ale zabrakło czegoś istotnego. Vinnie w tej roli stał się parodią, ważny temat, który promuje gdzieś uleciał. Reklama stała się własną karykaturą.
Czy tylko mi się wydaje, że ważki problem ratowania życia sprowadzono do zabawy i podrygiwania w rytym „Stayin’ alive”? Czy oglądając ten spot nie macie wrażenia, że sytuacja nijak ma się do rzeczywistości?
Do tej pory na hiciora Bee Gees w połączeniu z resuscytacją krążeniowo-oddechową miałem skojarzenia z wspaniałym serialem „The Office”, gdzie temat obśmiano i przedstawiono w krzywym zwierciadle.
Marokańska reklama Sprite, na której grasz na djembe, a potem topisz się w Morzu Śródziemnym. Lubię to!
Oj, długo mnie nie było. To znaczy byłem, ale z konieczności (!) na Facebooku. Drodzy blogerzy, pamiętajcie swoje hasło API, bonie znacie dnia, ani godziny, kiedy Wasz były redaktor naczelny skasuje Wam skrzynkę mailową z hasłem do wordpressa!
No, ale nie o mnie, a o… zaległościach. Żeby już całkiem dogrzebać się do skamielin to mam tu kampanię przejrzałą już, bo z… sierpnia tego roku. To prawie pół roku, przekładając to na realia internetu – kilka stuleci wcześniej .
A ta kampania jest fajna z kilku względów. Pierwszy to miejsce, gdzie hulała: Maroko. Afrykańskich reklam wrzuciłem kilka, ta jest chyba najbardziej na czasie. Tu przechodzimy do punktu drugiego. Kampania polega na odsłanianiu kolejnych filmików-kart fabuły, której Ty jesteś Panem/Panią. Moja droga wyglądała tak:
Agencja: Fortune Promoseven
Pojeździłem sobie na snake’u, potem pograłem na djembe, a na końcu prawdopodobnie się utopiłem . Gdzieś tam w tle przebija się Sprite, ale raczej dyskretnie przemyka. Bardzo fajna kampania.
Szkoda, że temat reklam sportowych z perspektywy FPP (First Person Profile) jest zupełnie niewykorzystany. Przypominam sobie „Take it to the next level”, gdzie o dziwo potraktowano sport zespołowy, średnio moim zdaniem do tego pasujący:
A przecież „widok z pierwszej osoby” to idealne środowisko dla reklam sportów indywidualnych. Od tenisa stołowego po modne ostatnio filmiki, którymi jara się m.in. mediafun Maciek Budzich jak ten poniżej:
Dużo pomyj wylano ostatnio na PZPN. I bardzo dobrze. Zamiana Orła Białego na logo znienawidzonej organizacji, to jak zastąpienie hymnu naszej reprezentacji okolicznościowym utworkiem w stylu „Keine grenzen” zespołu „Ich Troje”. Słowem – przesadzili.
Tak po ludzku, przesadzili. I nawet nie zmienia faktu to, że ja po prostu rozumiem argumentację Laty i próbę zabezpieczenia się przed podróbkami koszulek. Jednak nie uwierzę, że nie było innejdrogi. Może warto byłoby zastanowić się nad rozreklamowaniem edycji kolekcjonerskiej: zestaw koszulka, szalik, autografy, duperelki. Wszystko z logiem PZPN i Orłem Białym? A tak, Lato sobie nagrabił i oczekuję jego dymisji zaraz po Euro 2012. Niezależnie od wyniku naszej ekipy.
To nie jest moja reprezentacja. Naprawdę aż się głupio człowiekowi robi, gdy pomyśli sobie, że jeszcze z dziesięć lat temu malował sobie ryja farbkami, zakładał szalik i przed telewizor. Dzisiaj reprezentacja po mnie spływa. Trener rozmawiający z graczami po niemiecku, kampanie menadżerów wciskających marnych zagranicznych piłkarzyków do naszej reprezentacji, sprawa z logiem zamiast Orła Białęgo. Za dużo tego.
Niby podczas hymnu dreszczyk jest, ale już większy gdy słyszę przyśpiewki „Gdzie jest Orzeł?”. Już sam teraz zastanawiam się, jak będę zachowywał się podczas Euro 2012. To że nie dam się zmanipulować przez media to raczej pewne, już przy Euro 2008 wiedziałem dużo wcześniej, że jedziemy tam zebrać po dupie. Obejrzę mecze? Pewnie tak. Będę kibicował? Na pewno nie.
I na koniec tego innego, emocjonalnego wpisu (sorry, musiałem to z siebie wyrzucić, za dużo tego było) humor. Gorzki, bo gorzki, ale wszystko zapoczątkowała firma Nike. Wsłuchajcie się w tekst i gorzko zapłaczcie .
Kłócą się w NBA o te pieniądze, ale przecież nie na darmo mówi się, że to wszystko jest biznesem. A że biznes nie znosi próżni to czym jest brak jednego trybiku w tej maszynie?
Bez rozgrywania meczów można się obejść, skorzystały także na tym polskie kluby, np. Zastal Zielona Góra, gdzie zawitał jeden z graczy Phoenix Suns, Gani Lawal.
I tak przy okazji, ile dobrego może uczynić dobrze nagrany i zmontowany klip. Porównajcie te dwa wideo.
Tutaj Lawal pod numerem ósmym.
No, ale my do takiego pokazywania koszykówki chyba nigdy nie dojdziemy. I na przykładzie nikomu w sumie nieznanego Lawala można wskazać, że koszykarze NBA radzą sobie, oczywiście jedni lepiej, drudzy gorzej. Ci najwięksi, na czym się skupię, grają głównie w reklamach.
I tak, największy, bo jedyny, Polak w NBA Marcin Gortat wystąpił w reklamie Rossmanna. Sam klikałem na Play z duszą na ramieniu, ale ten spot z każdym obejrzeniem podoba mi się coraz bardziej. Chyba dlatego, że Gortat ma opinię naprawdę porządnego gościa.
Agencja: Ribbit
A Ci wielcy? Grają w wielkich firmach, których księgowi nie zrobią rabanu z powodu lockoutu.
Agencja: Crispin, Porter & Bogarty
Agencja: Wieden + Kennedy
Jak widać wisienką na torcie są oba spoty, które wyleciały spod skrzydeł agencji Wieden + Kennedy. I nie przeszkadza to w niczym, że firmy konkurują ze sobą. Lubię to!
Piętnuję reklamy, które są schizą schizofrenika. Niestety, w przypadku japońskich produkcji standardem jest: „im głupsza, tym lepsza”. A tu proszę taka perełka. Można zrobić coś bez jaskrawych jednorożców płacących kartą dotykową? Można.
- Sponsorzy wolą reklamy niż gołe torsy piłkarzy. Przeczytałem w „Polityce”.
- Triathlon dla mas.
- BIC i reklama po zbyt ostrych eksperymentach z koksem.